Strona:Ignàt Herrmann - Ojciec Kondelik i narzeczony Wejwara Cz. 1.djvu/146

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wzrok pani Kondelikowej utkwił teraz na Wejwarze.
— Szanowny panie — odważył się nareszcie Wejwara — ostatnia wycieczka, którą zakończyć chcemy sezon tegoroczny, ma się odbyć po morzu, jak było postanowione.
— Co pan mówisz, po morzu!
— To tylko żartem, staruszku — objaśniła pani. — Pojedziemy wodą, statkiem parowym po Wełtawie; najpiękniejsza pora po temu. Woda spokojna, pogoda stała, nie zmokniemy — kurzu nie lubisz, a na wodzie się nie zakurzysz...
— Ale za to dymi się, kobieto!
— Siądziemy sobie na przedzie, staruszku...
— A dokąd popłyniemy, mamusiu? — zapytała Pepcia.
— Dokąd ojciec rozkaże, proszę pani — odezwał się Wejwara. — Do Chuchli, na Zbraslav, do Hodkoviček...
— No, jeszcze nie płyniemy! — wtrącił ojciec Kondelik. — W tem gorącu nie mam żadnej chęci smażyć się na słońcu i wędzić przy kominie!
— No dobrze, stary — przemówiła uspakajająco pani Kondelikowa — jeżeli nie chcesz, możemy odłożyć na przyszłą niedzielę. Ale pan Wejwara już się przygotował, miał mieć inspekcyę i prosił o zastępstwo, a ja sobie przygotowałam krótki obiad, kluski ze śliwkami...
— Wy jesteście zawsze wszyscy przygotowani! — zawołał pan Kondelik — tylko mnie się nikt nigdy nie pyta, czy także jestem przygotowany! Naradzicie się