Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/186

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Matka, pod wpływem własnych nieszczęść, wywołała w duszy wspomnienie cudzych nieszczęść. Ona także patrzyła w dal. Wydawało jej się, że tam poza linją nieprzyjacielskich wojsk, widzi tak samo pochód zbolałych, żałobą okrytych postaci. Zobaczyła Helenę z córkami, błądzącą pośród grobów w poszukiwaniu ukochanego imienia, padającą przed jakimś krzyżem. Ach! nie zazna w zupełności tej bolesnej pociechy. Nie będzie mogła przejść na drugą stronę i szukać drugiej mogiły. A choćby i przeszła nie znajdzie jej... ukochane ciało znikło na zawsze w bezimiennych kopcach, których widok przywiódł na pamięć donji Luizie jej siostrzeńca Ottona.
— Boże! dlaczego przybyłyśmy tutaj? Dlaczego nie pozostałyśmy tam, gdzieśmy się urodziły?
A Desnoyers, jakby odgadując te myśli, ujrzał w wyobraźni olbrzymie, zielone przestrzenie fermy, gdzie poznał swoją żonę. Wydało mu się, że słyszy tupot bydła. Zobaczył Centaura Madariagę, jak w cichy wieczór pod gwiaździstem niebem sławi rozkosze pokoju, święte braterstwo ludzi różnych narodowości, zjednoczonych pracą, dobrobytem i brakiem politycznych dążeń.
On również, myśląc o swoim synu, powtórzył w duszy skargę żony: „Dlaczegośmy tu przyjechali?“ On również z solidarnością cierpienia uczuł, że lituje się nad tamtymi, po drugiej stronie Renu. Oni tak samo boleli, stracili synów. Cierpienia ludzkie są wszędzie te same.
Ale wnet zbuntował się przeciw temu wspomnieniu. Karl był zwolennikiem wojny; uważał ją za dos-