Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/185

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Tobie, który tak bardzo kochałeś życie dla jego piękna i rozkoszy! Tobie, który umiałeś budzić miłość w kobietach!
Opłakiwała w duszy jego pamięć z takiem samem uwielbieniem jak z bólem. Gdyby nie była jego siostrą, byłaby chciała być jego kochanką.
I, rozsypawszy resztę kwiatów, odeszła, by nie mącić swą obecnością bólu rodziców,
A tymczasem gwałtowny charakter don Marcelego wziął górę nad cierpieniem i zgnębiony starzec zbuntował się przeciw przeznaczeniu.
Spojrzał w dal tam, gdzie, jak sobie wyobrażał, powinien się znajdować nieprzyjaciel i zacisnął pięści z wściekłością. Wydało mu się, że widzi Bestję, wieczystą plagę ludzi. Więc zło pozostanie bez kary, jak już tyle razy?
Nie było sprawiedliwości; świat był dziełem przypadku, wszystko kłamstwa, czcze słowa pociechy, by człowiek nie nastraszył się opuszczenia, w jakiem żyje.
I wydawało mu się znowu, że słyszy w dali galop czterech jeźdźców apokaliptycznych, tratujących ludzkość. Ujrzał srogiego, atletycznego młodzieńca z mieczem wojny, łucznika o wstrętnym uśmiechu z kołczanem zatrutych strzał, łysego skąpca z wagami głodu i szkielet z kosą śmierci. Ujrzał w nich jedyne bóstwa straszliwe i znajome, które dają uczuć człowiekowi swą obecność. Wszystko inne było snem. Czterech Jeźdźców było rzeczywistością.
I nagle, przez tajemnicze skojarzenie wyobrażeń, wydało mu się, że czyta w myślach tej łkającej u jego stóp kobiety.