Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/184

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dział, czy koniec jego był natychmiastowy, piorunujący, czy zszedł ze świata z uśmiechem niewiedzy, czy też przecierpiał długie godziny męki, opuszczony na tem polu, wijąc się jak płaz, zanim uspokoiła go nicość. Nie wiedział również, co było pod tą mogiłą: ciało całe, dotknięte tylko dyskretną ręką śmierci, czy też bezkształtne szczątki poszarpane huraganem stali... I nie zobaczy go już nigdy! I ten Julek, który wypełniał wszystkie jego myśli, będzie poprostu wspomnieniem: dźwiękiem imienia, które będzie żyć, dopóki będą żyć jego rodzice i zniknie, gdy oni znikną.
Usłyszał nagle jakiś jęk, jakieś łkanie... Po chwili dopiero uprzytomnił sobie, że to on sam towarzyszył w ten sposób własnym myślom.
U stóp jego klęczała żona. Modliła się z suchemi oczyma, modliła się sam na sam ze swoją rozpaczą, utkwiwszy w krzyżu wzrok jak gdyby zahypnotyzowana. Tam był jej syn; spoczywał tuż przy jej kolanach, tak samo jak kiedy był dzieckiem w kołysce, a ona czuwała nad jego snem. Okrzyk ojca odbił się echem w jej myślach, ale bez gniewnych wybuchów. z bezbrzeżnym smutkiem tylko... I nie zobaczy go już nigdy! Byłoż to możliwem?
Cziczi przerwała swą obecnością bolesną zadumę rodziców. Pobiegła do automobilu i wróciła z całem naręczem kwiatów. Zawiesiła wieniec na krzyżu; położyła olbrzymią więź u jego stóp. Potem zasypała całą mogiłę deszczem kwiatowych płatków, poważna i skupiona, jak gdyby spełniając jakiś religijny obrządek i powtarzając w myśli: