Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/179

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jasnym brzegu Mediteranji. Panowie profesorowie wykazali czarno na białem, że te pochody grabieżcze były pracą dla wysokiej cywilizacji. I Niemiec szedł z zapałem dobrego ojca, który się poświęca, by zdobyć, chleb dla swoich.
Setki tysięcy listów od rodziny wędrowały za hordą germańską, posuwającą się wskroś napadniętych krajów. Desnoyers słyszał nieraz, jak odczytywano niektóre z nich o zmierzchu przed jego ograbionym zamkiem. Były to papiery znalezione w kieszeniach poległych i jeńców. „Nie miej litości nad czerwonymi spodniami. Rżnij welszów; nie przebaczaj i dzieciom“... „Dziękujemy ci za trzewiki“; ale dziewczyna nie może ich włożyć. Te Francuski mają tak śmiesznie małe nogi... „Postaraj się o fortepian...“ „Podobał by mi się bardzo dobry zegarek...“ „Nasz sąsiad kapitan przysłał żonie naszyjnik z pereł. A ty przysyłasz nam tylko drobiazgi“...
I szedł mężnie cnotliwy Germanizm z podwójnem pragnieniem przysłużenia się krajowi i posyłania cennych upominków dzieciom. „Niemcy nad światem!“. „Ale wśród tych marzeń wpadał w dół i zasypywała go ziemia wraz z innymi jego towarzyszami, snującymi podobne rojenia. Desnoyers wyobrażał sobie niecierpliwość kobiet po drugiej stronie Renu, które czekały i czekały. Wykazy zmarłych nie podawały czasem wszystkich nazwisk. I listy szły i szły aż do niemieckich frontów; listy, jakich nigdy nie miał otrzymać adresat: „Odpowiedz. Kiedy nie piszesz, to może dla tego, że nam gotujesz miłą niespodziankę. Nie zapom-