Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/153

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Juljan mówił bez przechwałek, skromnie. Życie miał twarde, ale takie, jak miljony innych ludzi. W jego oddziale, składającym się z paru tylko tuzinów żołnierzy, byli tacy, którzy go przewyższali intelligencją, nauką, charakterem. I wszyscy znosili mężnie tę ciężką próbę, czerpiąc zadowolenie w spełnianiu powinności. A przytem, wspólne niebezpieczeństwo rozwijało najszlachetniejsze uczucia w ludziach. Nigdy dotąd nie wiedział, co to jest koleżeństwo. Iluż szczytnych poświęceń był świadkiem!
— Gdy się to skończy ludzie będą lepsi... szlachetniejsi. Ci, co pozostaną przy życiu, będą mogli dokonać wielkich rzeczy.
Tak; był zadowolony. Po raz pierwszy zaznał rozkoszy użyteczności; przekonania, że przydaje się na coś; że przejście jego przez świat nie będzie bezowocnem. Przypomniał sobie z żalem tego Juljana Desnoyersa, który nie wiedział, czem zapełnić pustkę swego życia i trwonił je na wszelkiego rodzaju błahostki. Teraz miał obowiązki, pochłaniające wszystkie jego siły; pracował nad ukształtowaniem przyszłości; był człowiekiem.
— Jestem zadowolony — powtórzył.
I ojciec uwierzył. Ale wydało mu się, że na dnie jego szczerego spojrzenia dostrzega coś bolesnego; może wspomnienie przeszłości, trwające wśród wzruszeń chwili obecnej. Przemknęła mu w pamięci wdzięczna postać pani Laurier. Zgadł, że syn nie zapomniał o niej. „I nie mógł mu jej tu przywieźć!“ I surowy ojciec ubiegłego roku ze zdumieniem schwytał się na gorącym uczynku tego niemoralnego życzenia.