Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/144

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Mieli przed sobą olbrzymie, puste zupełnie pole, jakby w dzień świąteczny, kiedy wszyscy ludzie są w domu, a grunta odpoczywają w milczącej zadumie. Tu i owdzie sterczały jakieś bezkształtne przedmioty, niby porzucone narzędzia rolnicze. Były to może zepsute automobile, lub zdemolowane armaty, które ich własny wybuch rozsadził.
— Tędy — rzekł oficer, do którego przyłączyło się czterech żołnierzy, by nieść na plecach różne torby i pakunki, które przywiózł Desnoyers na pudle automobilu.
Szli gęsiego wzdłuż okopconego muru, spuszczając się wciąż na dół. Po niedługiej chwili, powierzchnia gruntu dochodziła im do kolan, potem do pasa, potem do ramion i tak zagłębili się w ziemię, widząc tylko nad głowami wązki pasek nieba.
Byli w szczerem polu. Zostawili za sobą kupę zgliszcz, zasłaniającą wejście. Szli dziwacznie, w ciągłych zygzakach, zakrętach, kątach, jak gdyby linja prosta była tu w obrzydzeniu. Inne drożyny, niemniej zawikłane, rozchodziły się od tej głównej arterji, która była środkową ulicą olbrzymiego podziemnego miasta. Szli... szli... kwandrans, pół godziny, godzinę całą. Senator i jego przyjaciel zaczynali odczuwać tęsknotę za drogą, wysadzoną drzewami, na świeżem powietrzu, wśród pól i pod gołem niebem. Oficer, idący przodem, znikał im co chwila na jakimś zakręcie. Ci, co szli za nim, musieli przyśpieszać kroku, aby się nie zgubić. Grunt był oślizgły. Miejscami zastępowało go niemal płynne błoto. Z obu stron wąwozu sypały się grudki zie-