Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/142

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i ras przypominało wielkie historyczne wędrówki ludów, tylko bez kobiet i dzieci. Tu byli sami mężczyźni.
Wszystkie rodzaje pomieszczenia, jakiemi posługiwała się ludzkość, poczynając od pieczary, znalazły tu swoje zastosowanie. Piwnice i kamieniołomy służyły za koszary. Gdzieindziej sklejone na prędce lepianki przypominały rancze amerykańskie. Inne jeszcze stożkowate i wydłużone naśladowały gurbi Afryki. Wielu żołnierzy pochodziło z kolonji; niektórzy mieszkali jako kupcy w Nowym Świecie; i mając sobie zbudować trwalsze siedlisko niż płócienny namiot, odwoływali się do swych wspomnień, naśladując architekturę plemion, z któremi byli w zetknięciu. Prócz tego, w tym tłumie wojowników byli strzelcy marokańscy, czarni i azjaci, którzy wychowani zdala od miast, nabywali tu w szczerem polu wyższości, przeobrażającej ich w mistrzów ludzi cywilizowanych.
Tu przy strumieniach fruwała susząca się bielizna. Szeregi mężczyzn o obnażonych torsach chyliły się nad brzegiem, oblewając się wodą obficie i parskając jak delfiny; poczem wycierali się, jak gdyby chcieli zedrzeć z siebie skórę. Na moście, opierając papier o poręcz, pisał jakiś żołnierz. Kucharze kręcili się dokoła buchających parą kotłów, a tłusta woń porannej zupy mięszała się z żywicznymi zapachami drzew i wyziewami wilgotnej ziemi.
Długie szopy z drzewa i cynku służyły za schronienie dla bydła i amunicji. Żołnierze czyścili i paśli na swieżem powietrzu konie tłuste i błyszczące. Utuczyła ich wojna w okopach.