Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/139

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Za baterjami powietrze falowało jak wzburzone morze. Za każdym wystrzałem senator i jego towarzysz doznawali uczucia, że ich jakaś niewidzialna pięść grzmotnęła w piersi i pcha w tył. Musieli przystosować oddech do rytmu wystrzałów. Na jedno mgnienie oka pomiędzy dwoma wystrzałami przenikała ich nieznośna, dławiąca pustka. Desnoyers podziwiał niezmordowane ujadanie psów. Znał dobrze ich ukąszenia, działające na odległość wielu kilometrów. Tkwiły jeszcze świeże w jego biednym zamku.
Senatorowi zaś wydawało się, że szeregi armat zawodziły jakiś jednotonny, dziki śpiew, podobny do tych, jakimi musiały być hymny wojenne ludzkości w czasach przedhistorycznych. Ta muzyka tonów suchych, ogłuszających, gorączkowych budziła w nich obydwóch coś, co śpi na dnie wszystkich dusz: dzikość dalekich przodków. Powietrze napełniało się cierpką, bestjalsko odurzającą wonią. Ta woń wybuchów wciskała się do mózgu przez usta, uszy i oczy.
Doznawali podobnego oszołomienia jak kierownicy armat, którzy wrzeszczeli i wymachiwali rękoma wśród ciągłego grzmotu. Puste ładunki tworzyły w tyle armat jakby gęsty płaszcz. Ognia!... zawsze ognia!
— Dobrze ich tam podlewać — krzyczeli dowódcy. — Sprawić porządne lanie boszom, siedzącym tam w lasku.
I paszcze 75-go jazgotały bez przestanku, zasypując pociskami daleką gęstwinę.
Podnieceni tą śmiercionośną działalnością, owiani zawrotnym pośpiechem niszczycielskiej siły, senator