Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/138

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


godność mało znaczyła wśród tych ludzi przywykłych do dyscypliny.
— Żegnaj, synu mój!... Powodzenia... Pamiętaj, kim jesteś.
I ojciec rozpłakał się w objęciach syna. Ubolewał w milczeniu nad krótkością spotkania; myślał o niebezpieczeństwach, czyhających na jedynaka, w każdej chwili i na każdem miejscu.
Gdy René zniknął, obaj oficerowie naglili do pośpiechu. Ściemniało się już, a mieli przybyć przed nocą do pewnego, oznaczonego punktu. Zstępowali bokiem góry w dół, a nad ich głowami przelatywały wysoko pociski nieprzyjacielskie.
Niezadługo natrafili na grupy armat 75. Rozproszone były po lesie, ukryte pod stosami gałęzi, niby uwiązane psy, które szczekają, podnosząc w górę szare pyski. Wielkie działa ryczały z poważnemi przestankami. Ta stalowa sfora darła się bez najmniejszej przerwy w swej wrzaskliwej wściekłości. Było tego mnóstwo; wystrzały następowały z zawrotną szybkością i zlewały się w jeden, jak zlewają się ze sobą miljardy pojedyńczych punkcików, by utworzyć jedną ścisłą linję.
Dowódcy, ogłuszeni hałasem, darli się ze swej strony, wymachując rękoma przy wydawaniu rozkazów. Armaty ślizgały się po swych nieruchomych łożach, wysuwając się i cofając jak automatyczne pistolety. Każdy strzał wyrzucał pusty ładunek, wprowadzając niezwłocznie nowy pocisk w dymiący otwór.