Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/133

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Słup dymu podniósł się z lasku o jakieś dziesięć metrów od nich, Wystrzeliła jedna z armat wielkiego kalibru, schowana wśród gałęzi. Kapitanowie, nie zwalniając kroku, udzielili wskazówek. Należało iść tuż przed działami i znosić gwałtowny huk ich wystrzałów, ale nie zapuszczać się na otwartą przestrzeń, gdzie stała obserwacyjna wieża. Oni również spodziewali się lada chwila odpowiedzi z nieprzyjacielskiego frontu. Kapitan, idący obok don Marcelego, winszował mu, że tak nieustraszenie znosi wystrzały.
— Mój przyjaciel to zna — rzekł senator z dumą. — Był w bitwie nad Marną.
Obaj oficerowie ze zdumieniem popatrzyli na don Marcelego, oceniając w myśli jego wiek. W jakiem miejscu się znajdował? Do jakiego korpusu należał?
— Byłem wśród ofiar — rzekł tamten skromnie.
Jakiś oficer biegł ku nim od strony wieży, przestrzenią całkowicie ogołoconą z drzew. Wymachiwał swojem kepi, żeby go lepiej zobaczyli. Senator zląkł się o niego. Mogli go dostrzedz nieprzyjaciele; poprostu wystawiał się na cel, przebiegając nierozważnie tę otwartą przestrzeń, by sobie skrócić drogę, I senator zadrżał jeszcze bardziej, zobaczywszy go zblizka. To był René.
Ręce jego uścisnęły z pewnem zdumieniem silne, nerwowe dłonie. Zobaczył twarz syna o rysach zaostrzonych, ogorzałą od życia w polu. Cała jego postać tchnęła stanowczością, wiarą we własne siły. Sześć miesięcy czynnego, natężonego życia przeobraziły go. Był ten sam, ale zmężniał, rozrósł się, a słodkie rysy