Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


żyły one za schronienie zluzowanej obsłudze i przechowywały amunicję, strzegąc jej od wybuchu.
Jeden artylerzysta pokazał im dwie złączone ze sobą torebki z białego płótna szczelnie wypchane. Wyglądały jak podwójny salceson i były ładunkiem jednego z wielkich dział. Po otwarciu torby wysypało się kilka pakiecików liści koloru różowego. Senator i jego towarzysz wpadli w podziw, że ta pomadka, wyglądająca jak jakiś tualetowy przybór, była jednym z najstraszliwszych środków wybuchowych współczesnej wojny.
— Doprawdy — rzekł Latour — że, znalazłszy na ulicy taki figelek, pomyślałbym, że wypadł z torebki jakiejś elegantki, lub że go zgubił subjekt perfumeryjny. I pomyśleć, że tem, co zdaje się być przeznaczonem do różowania ust, można gmach wysadzić w powietrze!
Poszli dalej. W najwyższem wzniesieniu góry zobaczyli wieżyczkę trochę uszkodzoną. Było to najniebezpieczniejsze miejsce. Oficer badał z niego linje nieprzyjacielską, by oceniać trafność pocisków. Podczas gdy jego koledzy siedzieli pod ziemią, lub kryli się w zaroślach, on spełniał swe zadanie z tego odsłoniętego punktu.
W pewnej odległości od wieży otwarło się przed nimi podziemne przejście. Zeszli na dół ciemnym korytarzem i natrafili na szereg jakby izb, wykopanych w ziemi. Ścięty prostopadle bok góry tworzył fasadę. Wązkie okienka, wydrążone w skale, udzielały światła i powietrza tym izdebkom.