Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


milczały. Podchodziło się tuż do nich, nie widząc ich. Z pomiędzy zielonych gałęzi sterczał koniec czegoś, podobnego do popielatej belki; to znów zjawisko to ukazywało się wśród stosów suchych pni. Gdy się okrążyło tę przeszkodę, wzrok spostrzegał placyk oczyszczonej, ubitej ziemi, a na nim kilku ludzi, którzy żyli, spali i pracowali dokoła olbrzymiej maszyny, stojącej na kołach.
Ukryte pod gałęziami, by nie ściągnąć uwagi lotników niemieckich, armaty francuskie rozpościerały się po szczytach i płaszczyznach całego łańcucha gór, W tej stalowej trzodzie były sztuki ogromne, na kołach podbitych łyżwami, podobne do lokomotyw rolnych, jakie Desnoyers miał na swoich fermach dla orania ziemi. Jako drobniejsze bydełko, zwinne i figlarne w swem nieustannem jazgotaniu, ukazywały się gromadki pocisku 75, przegradzające ponurych potworów.
Obaj kapitanowie otrzymali od generała swego korpusu rozkaz drobiazgowego obznajomienia senatora z funkcjonowaniem artylerji. A Latour słuchał z powagą tych objaśnień, zerkając na prawo i na lewo w nadziei, że zobaczy syna. Jemu tylko o Renego chodziło. Ale pomny na urzędowy pozór podróży szedł od armaty do armaty, jakby nic innego na świecie dla niego nie istniało.
Obsługa dział pokazywała im pociski; wielkie, owalne walce, wydobyte z podziemnych składów. Te składy, nazywane „zakrywkami“, były to głębokie jamy, umocnione worami ziemi i kłodami drzewa. Słu-