Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Dygnitarz posmutniał od chwili, gdy dziedzic rodzinnych splendorów poszedł na wojnę, wydostawszy się po za opiekuńczy krąg protekcji, jakim go przezorny ojciec otoczył.
Pewnego wieczora, będąc na obiedzie u Desnoyers'ów, rzucił nagle pytanie:
— Czy chciałbyś zobaczyć syna?
Senator czynił starania w Kwaterze Głównej, aby uzyskać pozwolenie na wyjazd na front. Pragnął koniecznie zobaczyć Renego. Obaj z Juljanem należeli do jednego korpusu; może w pewnej od siebie odległości, ale dla automobilu taka przeszkoda mogła nie istnieć.
Nie potrzebował dodać nic więcej. Desnoyers'a natychmiast opanowała żądza zobaczenia syna. Minęło już sporo miesięcy, odkąd musiał poprzestać na czytaniu jego listów i wpatrywaniu się w fotografję, zdjętą przez któregoś z kolegów.
Od tej chwili Desnoyers jął nadskakiwać Latour'owi, jakby był jednym z jego wyborców, ubiegającym się o jakiś urząd. Odwiedzał go co rano, zapraszał na obiady; wyszukiwał wieczorami w salach Luksemburgu. Przy powitaniu pierwsze jego słowa były:
— Kiedyż dostaniesz przepustkę?
Wielki człowiek ubolewał nad obojętnością wojskowych dla pierwiastka cywilnego. Zawsze byli wrogami parlamentaryzmu.
— A przytem Joffre jest nieubłagany. Nie chce ciekawych... Jutro pomówię z prezydentem.