Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ale kiedyś się skończy — zauważył Desnoyers.
— Nie wątpliwie; lecz komu wiadomo kiedy?... I jak będą wyglądali jedni i drudzy w chwili rozstrzygającej?... To pytanie.
Co do niego wierzył w zakończenie raptowne i najmniej spodziewane, wynikające z wyczerpania jednej z walczących stron; wyczerpania, ukrywanego jak najtroskliwiej do ostatniej chwili.
— Niemcy będą pobici — dodał z głębokiem przeświadczeniem, — Nie wiem jak i kiedy; ale będą pobici, bo tak wskazuje logika. Stracili we wrześniu największy swój atut; to jest wejście do Paryża po rozpędzeniu wojsk nieprzyjacielskich. A potem, rzucili na stół wszystkie swoje dotychczasowe zdobycze i nie wygrali. Ale będą przedłużać grę, bo mają wiele kart i przedłużać ją będą jeszcze czas jakiś. Ale tego, czego nie mogli dokonać w pierwszych dniach, nie dokażą nigdy.
Dla Czernowa to, że będą pobici nie znaczyło to, żeby mieli być unicestwieni.
— Mnie bo oburzają — ciągnął dalej — wszelkie krańcowe patrjotyzmy. Gdy słucham, jak pewni ludzie planują już sobie zupełne zaprzepaszczenie Niemiec, zdaje mi się że słyszę pangermanistów berlińskich, dokonywujących podziału Europy.
I tu streścił swoje poglądy:
— Trzeba znieść Cesarstwo dla spokoju świata i zniszczyć olbrzymią maszynę wojny, która zakłóca harmonję narodów. Od 1870 żyjemy wszyscy uciążli-