Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Gorączka pierwszych miesięcy wraz ze swemi złudzeniami i optymizmami, wydawała mu się teraz czemś chimerycznem. Ci, co nie byli na wojnie, powrócili zwolna do zwykłych zatrudnień. Życie odzyskiwało codzienny tryb powszedniości: „Trzeba żyć“ mówili ludzie. I, konieczność życia w dalszym ciągu, zaprzątała myśl swemi niecierpiącemi zwłoki wymogami. Ci, którzy mieli blizkich sobie w wojsku, pamiętali o nich, ale z biegiem czasu przyzwyczaili się do ich nieobecności, jak do czegoś, co, zacząwszy być czemś wyjątkowem, stawało się normalnem. Z początku wojna odbierała sen, apetyt, zatruwała każdą przyjemność. Nie mówiono o niczem innem. Teraz otwierały się zwolna teatry, krążyła gotówka, ludzie się śmiali, rozmawiali o wielkiej klęsce, ale tylko w pewnych godzinach, jak o czemś, co miało trwać długo, bardzo długo i wymagało ze swym nieuniknionym fatalizmem wielkiej rezygnacji.
— Ludzkość przyzwyczaja się łatwo do nieszczęścia — mówił Argensola — byle tylko nieszczęście trwało długo. W tem tkwi nasza siła, dzięki temu żyjemy.
Don Marceli nie zgadzał się na taką rezygnację. Wojna będzie krótsza, niż się wszystkim zdaje. W zapale oznaczał jej termin natychmiastowy: za trzy miesiące, na wiosnę. A jeżeli pokój nie będzie zawarty wiosną, no, to latem.
Nowy interlokutor brał teraz udział w rozmowach. Desnoyers poznał sąsiada Rosjanina, o którym mu wspominał Argensola. Ten odludek znał się z jego