Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/097

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


fnąć się z uwagi na wyższe strategiczne względy, odkładając na później zdobycie Paryża; a Francuzi poszli tyko za nimi, gdzie im zostawiono wolną drogę. To było wszystko. Ona znała poglądy różnych wojskowych, krajów neutralnych; rozmawiała w Biarritz z osobami wielce kompetentnemi; wiedziała, co piszą dzienniki niemieckie. Nikt tam nie wierzył w ową Marnę. Publiczność nie słyszała nawet o tej bitwie.
— Twoja siostra to mówi? — przerwał Desnoyers blady ze zdziwienia i gniewu.
A! czemu ten wróg, zażywający gościnności pod jego dachem, nie może bodaj na pół godziny przedzierzgnąć się w mężczyznę? Pogadałby z nim wtedy!
— Ależ wojna trwa! — zarzuciła naiwnie donja Luiza. — Nieprzyjaciel jest jeszcze we Francji. Na cóż się przydała Marna?
Tu mąż zaczynał jej tłumaczyć, ona zaś słuchała, kiwając głową z przejęciem, rozumiejąc wszystko niezwłocznie, by w godzinę potem zapomnieć i popaść w te same wątpliwości.
Jednakże, zaczęła odczuwać głuchą niechęć do siostry. Znosiła dotychczas pobłażliwie jej zachwyty nad ojczyzną męża; uważała bowiem węzły rodzinne jako ważniejsze, niż współzawodnictwo narodowe. Dlatego, że Desnoyers był Francuzem, a Karl Niemcem, ona nie pójdzie na ostrze z Heleną. Ale to uczucie tolerancji pierzchło szybko. Syn jej był w niebezpieczeństwie!... Niech zginą wszyscy Hartrottowie raczej, niż Julkowi miała by się stać najlżejsza krzywda!