Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/096

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nie modliła się nigdy sama. Ktoś klęczał obok niej w kościele, zanosząc podobne błagania. Załzawione oczy jej siostry wznosiły się jednocześnie ku Ukrzyżowanemu. „Boże! ocal mego syna!“ Donja Luiza, mówiąc to, widziała Juljana, takim, jakim pokazał go mąż na wyblakłej fotografji otrzymanej z okopów. W kepi i płaszczu, z nogami, poowijanymi bandażami z płótna, z karabinem w ręku i twarzą porośniętą i nie goloną brodą. „Boże! opiekuj się nimi!“ I donja Helena widziała ze swojej strony oficerów w mundurach i kaskach koloru rezedowego, ze skórzanemi pochwami rewolwerów, z lunetami, mapami i pasem, z którego zwieszała się szabla.
Widząc je wychodzące razem od Świętego Honorjusza d'Eylau, don Marceli oburzał się.
— Drwią sobie z Boga wyraźnie! Jakże Bóg może wysłuchiwać tak sprzecznych modłów. Ach! te kobiety!
I z przesądem, jaki wytwarza niebezpieczeństwo, wierzył, iż szwagierka wyrządza wielką krzywdę jego synowi. Bóg, znudzony takiemi sprzecznemi modłami, odwróci się, by nie słyszeć i jednych i drugich. Czemu ona tu tkwi ta fatalna kobieta!
I jak w początkach wojny nie mógł poprostu znosić jej obecności. Donja Luiza powtarzała nieoględnie twierdzenia siostry, poddając je wyższemu rozpoznaniu małżonka. W taki sposób don Marceli mógł dowiedzieć się, że zwycięstwo nad Marną, w rzeczywistości nie miało wcale miejsca: był to wymysł aljantów. Generałowie niemieccy uznali za roztropne co-