Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/080

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


W powietrzu bzykały miljardy bąków, których jednak Desnoyers nie mógł dostrzedz. Z drzew padała istna ulewa liści; trzęsły się gałęzie, wyłamywane niewidzialnemi rękoma; z ziemi wyskakiwały kamienie, jakby kopnięte tajemniczą stopą. Wszystkie martwe przedmioty zdawały się drgać jakiemś fantastycznem życiem.
Desnoyers'owi zrobiło się gorąco. Przenikliwa woń wybuchowych gazów chwyciła go za gardło, wyciskając łzy z oczu. A jednocześnie przeniknął go dotkliwy chłód, lodowaty pot zmroził mu czoło.
Stanął na moście; ale wnet musiał usunąć się żołnierzom, przenoszącym rannych do zamku, pomimo, że ten leżał w gruzach. Nagle płyn jakiś oblał Desnoyersa od stóp do głów. Granat wpadł do rowu, podnosząc olbrzymi słup wody, rozdzierając na strzępy śpiące na dnie karpie, druzgocąc białe poręcze i zdobiące je wazony z kwiatami.
Don Marceli przejęty trwogą zaczął uciekać na oślep i wpadł niemal w objęcia owego junkra z monoklem w oku. Ów wskazał mu końcem rewolweru dwa w pobliżu stojące kubły, by je napełnił wodą i zaniósł pić jego ludziom, umierającym z pragnienia. Rozkazujący ton nie znosił oporu, ale don Marceli postanowił sprzeciwić się. On? na usługach Niemcom? Ale to trwało krótko. Otrzymał uderzenie w pierś rękojeścią rewolweru; a jednocześnie zaciśnięta dłoń porucznika spadła mu na policzek. Stary aż się zatrząsł; chciał płakać, chciał się zapaść pod ziemię. Ale nie uronił ani jednej łzy; ani życie nie opuściło go od tej