Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/072

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Same armaty były schowane pod daszkami z gałęzi, artylerzyści ścinali drzewa i z nich tworzyli doskonałe kryjówki, z których tylko śmiercionośne paszcze wyglądały.
Don Marceli oswoił się potrosze z wystrzałami, które mu wytworzyły pustkę pod czaszką. Zgrzytał zębami i zaciskał pięście za każdym wybuchem, ale stał na miejscu, jak przygwożdżony gwałtownością wystrzałów, podziwiając spokój tych ludzi, którzy wydawali rozkazy, chłodni i wyprostowani, lub kręcili się, jak pokorna obsługa dokoła jakichś królewskich zwierząt.
Wszystkie myśli pierzchnęły mu z głowy po pierwszym wystrzale. Mózg jego żył jedynie chwilą obecną. Z uporem wpatrywał się w biało-czerwoną chorągiew, powiewającą nad zamkiem.
— To zdrada — myślał — nikczemna przewrotność.
W dali, po drugiej stronie Marny grzmiały również francuskie armaty. Odgadywało się ich robotę po drobnych, żółtawych chmurkach, unoszących się w powietrzu; po słupach dymu, podnoszących się w różnych punktach krajobrazu, tam, gdzie ukryły się wojska niemieckie, tworząc linję, ciągnącą się w nieskończoność. Atmosfera szacunku i opieki zdawała się otaczać zamek.
Rozwiały się wreszcie mgły poranne, słońce ukazało swą czystą, błyszczącą tarczę, wydłużając fantastycznie na ziemi cienie drzew i ludzi, Wyłoniły się z mgieł wzgórza i gaje świeże i opłukane nocną rosą.