Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/062

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


obłąkany i pełen nienawiści zdradzał tajemną tragedję, a łzy i łkania przypominały tamtą drugą matkę, łamiąca ręce z tego samego powodu. A w głębi jakiejś piwnicy leżała sama ofiara, wyczerpana potwornem zmęczeniem, wstrząsana maligną i widząca wciąż przed sobą tłum brutalnych napastników o twarzach dyszących bestjalską żądzą.
Gromada nędzarek otoczyła Desnoyersa, człowieka, o którego bogactwach wiedziały wszystkie. Wyciągając wychudłe ręce, pokazywały mu niemowlęta ledwo zipiące z głodu o przygasłych oczach. „Chleba!... Chleba!... błagały, jak gdyby mógł dokazać cudu, Ale on tylko oddał jednej z matek złotą monetę, trzymaną w palcach i następnie wydobył kilka innych sztuk, wtykając je w szkieletowate ręce nieszczęsnych kobiet. One jednak patrzyły na nie, nie widząc i powtarzały w dalszym ciągu z rozpaczliwem zawodzeniem: „Chleba!... Chleba!...“ A on przyszedł tu po to samo! Cofnął się więc i odszedł, poznawszy swoją bezsilność.
Gdy wrócił do zamku zastał na drodze szereg wielkich automobilów i jeźdźców konnych. U bramy parkowej gromada Niemców zakładała druty telefoniczne. Obeszli właśnie złupione komnaty i śmiali się do rozpuku, czytając napis kapitana von Hartrott: „Uprasza się nie plondrować!“ Pomysł ten wydawał im się bardzo dowcipnym; nawskroś germańskim.
Tymczasem, zalegający drogę, konwój wkroczył do parku. Automobile i furgony nosiły znak czerwonego krzyża. Miał się tu osiedlić krwawy szpital. Lekarze, ubrani zielonawo i uzbrojeni podobnie jak oficerowie,