Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/056

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


czyn, biegnących na górę. On sam potknął się o jakieś ciało, leżące u jego stóp z rzęrzeniem konania. Był to odźwierny. Oczy miał szklane, nadmiernie otwarte; usta broczące krwią. Obok niego leżał kuchenny nóż. O parę kroków dalej zobaczył człowieka z rewolwerem w prawej ręce, przytrzymującego drugą wyważone drzwi, które ktoś usiłował otworzyć z wewnątrz. Poznał go pomimo zielonawej bladości oblicza i błędnego spojrzenia. Był to Blumhardt; jakiś nowy Blumhardt, z budzącym przestrach wyrazem zezwierzęcenia i dumy.
Wyobraził go sobie poszukującego po całym zamku upragnionej zdobyczy; a za nim dążącego, zaniepokojonego ojca; krzyk dziewczyny i walkę nierówną pomiędzy chorym człowiekiem z jego przygodną bronią a tym wojownikiem pijanym winem i nadzieją zwycięztwa. Porwał go szalony gniew; gniew jego krewkiej młodości. Z naciśniętemi pięściami rzucił się na Niemca:
— Ha! łotrze! — wykrzyknął z kolei.
Tamten zaświecił mu w oczy rewolwerem, uśmiechając się chłodno. Miał wystrzelić. Ale w tej samej chwili Desnoyers padł na ziemię, popchnięty przez tych, którzy wbiegali na górę. Ciężkie buty deptały po nim; razy posypały się na niego... na twarzy miał jakiś ciepły płyn. Krew! Nie wiedział czy to była jego krew; czy tego, który na ziemi wydawał ostatnie tchnienie. Jakieś ręce podniosły go z ziemi i postawiły przed kimś. Był to Jego Ekscellencja w rozpiętym i popla-