Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/039

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nagle niepojęte zjawisko zmąciło spokój popołudniowy. Był to jakby daleki grzmot, pochodzący z jakiejś niewidzianej burzy, która rozpętała się gdzieś po za widnokręgiem. Usłyszawszy to, hrabia zwrócił się do Desnoyersa.
— Słyszy pan. To armaty grają. Bitwa zaczęta. Wkrótce i my weźmiemy udział w tym tańcu.
Wstał i wrócił do zamku. Oficerowie ordynansowi udali się do miasteczka, a Desnoyers został sam z dowódzcą bataljonu, który w dalszym ciągu rozkoszował się likierami, oblizując sobie wargi.
— Smutna wojna, panie — rzekł, przedstawiwszy się właścicielowi zamku, jako dowodzący bataljonem stacjonującem w Villeblanche i wymieniwszy swoje nazwisko: Blumhardt.
Don Marceli poczuł do niego sympatję.
— Niemcem jest — pomyślał — ale ma wygląd uczciwy. Na pierwszy rzut oka Niemcy zrażają do siebie szorstką powierzchownością i tą straszliwą dyscypliną, w imię której popełniają bez skrupułu najstraszliwsze czyny, ale zżyć się z nimi, a wtedy dobra natura wyjrzy z pod pozorów barbarzyńcy.
— Co za życie! — ciągnął dalej Blumhardt. — Oby Bóg skarał tych, co wywołali taką katastrofę.
To ostatecznie podbiło Desnoyersa. Wydało mu się, że ma przed sobą Niemcy, takie, jakiemi je sobie wyobrażał często: Niemcy spokojne, łagodne, trochę ociężałe i powolne, ale okupujące wrodzoną szorstkość naiwnym i poetycznym sentymentalizmem. Ten Blumhardt był z pewnością dobrym ojcem rodziny, odpoczy-