Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/038

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Don Marceli wysłuchał z osłupieniem tej rady nie do uwierzenia. Czy ci ludzie powarjowali; czy kpili sobie z niego?
Po skończonem śniadaniu oficerowie wstali, przypasali szable i poszli na służbę. Kapitan Hartrott miał powrócić do swego generała. Don Marceli odprowadzi go do automobilu. Gdy doszli do bramy zamkowej Otto, widocznie chcąc się przysłużyć wujowi, kazał sobie podać kawałek kredy, jaką zwykle znaczono kwatery wojskowe i napisał na murze:

Bitte, nicht plundern
Es sind freundliche Leute[1]

I wytłumaczył don Marcelemu znaczenie tych słów. Ale on okrzyknął się żywo:
— Nie! Nie! Nie życzę sobie tego rodzaju opieki. Nie odczuwam żadnej życzliwości względem najeźdźców. Milczałem, bo cóż miałem począć?
Wówczas siostrzeniec, nic nie mówiąc, zmazał drugi wiersz napisu i tonem sarkastycznego politowania.
— Do widzenia, wuju — zadrwił — Zobaczymy się wkrótce przy Avenue Victor Hugo.

Wracając do zamku, Desnoyers zobaczył w cieniu drzew hrabiego, który w towarzystwie swoich dwóch oficerów ordynansowych i dowódcy bataljonu, popijał kawę na świeżem powietrzu. Na wyraźne żądanie hrabiego Desnoyers usiadł, a ci panowie, rozmawiając obficie raczyli się likierami z jego piwnicy.

  1. Proszę nie grabić. To są życzliwi ludzie.