Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/037

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Hrabia, ze swej strony wyraził skargę artysty:
— Ta wojna bardzo mnie skrzywdziła — rzekł z ubolewaniem. — Na przyszłą zimę miano wystawić w Paryżu mój nowy balet.
Wszyscy wzięli udział w tej szlachetnej zgryzocie, ale ktoś zauważył, że po triumfie, wystawienie baletu odbędzie się z nakazu i że Paryżanie będą zmuszeni oklaskiwać go.
— To nie będzie to samo — westchnął hrabia.
Nastąpiła chwila milczącej zadumy.
— Wyznaję — powiedział hrabia, — że kocham Paryż. Jaka szkoda, że Francuzi nie chcieli nigdy porozumieć się z nami!
I pogrążył się znów w melancholji głębokiego myśliciela. Jeden z oficerów zaczął mówić o bogactwach Paryża z oczyma pełnemi pożądliwości; i don Marceli poznał go po opasce na rękawie: to on splondrował komnaty zamkowe. Zapewne odgadł myśli właściciela, uznał bowiem za właściwe udzielić grzecznym tonem paru wyjaśnień, tyczących się tej szczególnej przeprowadzki, jakiej przewodniczył:
— Cóż pan chce? To wojna. Koszta wojny muszą być spłacone dobrami zwyciężonych. Taki jest system niemiecki. Dzięki tej metodzie przełamuje się opór nieprzyjaciela i pokój następuje prędzej. Ale niech się pan nie martwi swemi stratami; po wojnie będzie pan mógł wystąpić z zażaleniem do rządu francuskiego, a ten wynagrodzi panu doznane krzywdy. Pańscy krewni z Berlina poprą niewątpliwie tę skargę.