Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


rządne lanie“. Lada starcie kawalerji, proste spotkanie przednich straży nabierało w jego ustach doniosłości rozstrzygającego faktu: „Przepędziliśmy ich także z Lotaryngji“.
Ale nagle jakby wyschło źródło optymizmu. Sądząc z dzienników, w świecie nie działo się nic nadzwyczajnego. Zamieszczano różne opowieści wojenne dla podtrzymania zapału, ale żadnej wiadomości pewnej. Rząd ogłaszał komunikaty szumnie brzmiące, ale beztreściwe. Desnoyers zaniepokoił się. Instynkt ostrzegł go o niebezpieczeństwie.
— Jakoś nie idzie — myślał. — Coś się tam musiało popsuć.
A ten brak wiadomości szedł w parze z nagłem ożywieniem się donji Heleny. Z kim spotykała się ta kobieta wyszedłszy na ulicę? Nie tracąc miny ofiary, z boleściwem spojrzeniem i skrzywionemi ustami mówiła i mówiła podstępnie. Poprostu usta jej się nie zamykały. A don Marceli musiał tego słuchać! Musiał słuchać przechwałek wroga pod swoim własnym dachem. Co za męka! Francuzów wyparto jednocześnie z Lotaryngji i Belgji. Część wojska poszła w rozsypkę. Dużo jeńców! Dużo armat straconych!
— Kłamstwo! Przesada! Niemieckie brednie! — krzyczał Desnoyers.
A Cziczi przyjmowała wybuchami urągliwego śmiechu wiadomości cioci z Berlina.
— Ja nie wiem — mówiła ta ostatnia z udaną skromnością. — Może to nie jest pewne. Ale tak mi mówiono.