Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wszystkie swoje władze, by jak najskuteczniej unicestwiać słabych; modliła się za swoich synów, oficerów, króla pruskiego, którzy z rewolwerem w ręku wchodzili do wiosek i osad, pędząc przed sobą oszalałą z trwogi ludność, zostawiając za sobą zgliszcza i śmierć. A te jej modły miary połączyć się z modłami matek, które błagały Boga o opiekę nad tą młodzieżą, co miała powstrzymać barbarzyńców, z modłami tych ojców, jakby skamieniałych w swoim tragicznym bólu!
Don Marceli musiał hamować się, by nie krzyczeć i wyszedł z kościoła. Jego szwagierka nie miała prawa klękać pomiędzy tymi ludźmi.
— Powinniby ją wypędzić — mruczał oburzony — Kusi Boga swemi głupiemi modlitwami.
Ale pomimo całej swej wściekłości musiał ją cierpieć w swoim domu, musiał się przymuszać, aby nie przedostała się nazewnątrz sprawa tej drugiej narodowości, w jaką się przez małżeństwo wplątał.
Największą udręką dla don Marcelego była konieczność liczenia się ze słowami, gdy rodzina zgromadzała się w jadalni. Chciał uniknąć nadczułości szwagierki, która za najmniejszą wzmianką o jej bohaterze wybuchała płaczem, lękał się również i narzekań żony gotowej zawsze bronić siostry, jak gdyby ta była ofiarą. Żeby człowiek jego charakteru musiał w swojem własnem mieszkaniu pilnować języka i mówić z ogródka!... Jedyną pociechą, na jaką mógł sobie pozwolić, były wiadomości z placu wojny. Francuzi wkroczyli do Belgji. „Zdaje się, że Niemcom dostało się po-