Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dego dnia zrana, pani Desnoyers otwierając dzienniki, szukała przed telegramami wojennymi innych wiadomości: „Gdzie też pójdzie dziś wielebny ojciec Amette?“ A potem, klęcząc pod sklepieniem świątyni, łączyła swój głos z pobożnym chórem, wzywającym nadprzyrodzonej pomocy: „Boże zbaw Francję“. Szczególnem nabożeństwem płonęły serca do Świętej Genowefy. Błagano patronkę Paryża o cud podobny do tego, jakim odżegnała hordy Atylli.
Donja Helena odwiedzała również kościoły, ale najbliższe domu. Desnoyers zobaczył ją raz wchodzącą do Świętego Honorjusza o'Eylau. Świątynia była przepełniona, nad ołtarzem ustawiono pęki chorągwi Francji i państw sprzymierzonych. Rozmodlony tłum nie składał się wyłącznie z kobiet. Desnoyers ujrzał mężczyzn w jego wieku, poważnych, skupionych, poruszających wargami, ze wzniesionemi ku ołtarzowi oczyma, w których szklannym wzroku odbijały się niby zabłąkane gwiazdy płomyki gromnic. I znowu ogarnęła go zazdrość. Byli to ojcowie, którzy przypomnieli sobie pacierz swego dzieciństwa, myśląc o walczących synach. Don Marceli, odnosząc się zawsze dotąd obojętnie do religji, zrozumiał w tej chwili konieczność wiary. Chciał modlić się jak inni za tych wszystkich, co walczyli i umierali za tę ziemię, której on bronić nie umiał.
Ze zgorszeniem zobaczył jak pani von Hartrott klęczała wśród innych, wznosząc błagalnie oczy ku rozpiętemu na krzyżu Chrystusowi. Modliła się za swego męża Niemca, który w tej chwili może wytężał