Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


cza przed hordami Hanów i Mongołów. I działo się to na tle rozkwieconej przyrody, w najbogatszym ze wszystkich miesięcy, kiedy ziemia szumiała kłosami, kiedy niebo sierpniowe tonęło w powodzi słonecznych promieni, a ptaki radosnym świergotem witały bogactwo żniw.
Obraz bezmiernej zbrodni zmartwychwstał w owym, przepełnionym ludzkiem mrowiem, cyrku. Dzieci pobekiwały żałośnie jak zarzynane jagnięta; mężczyźni rozglądali się dokoła wystraszonemi oczyma; niektóre kobiety wyły jak opętane. W grozie ucieczki rodziny potraciły się z oczu. Jakiejś matce z pięciorga dzieci pozostało tylko jedno. Ojcowie, widząc się sami, myśleli z rozpaczą o zaginionych. Czy spotkają ich kiedy? Może już gdzie pomarli?
Don Marceli wrócił do domu, zgrzytając zębami i wywijając groźnie laską. A! bandyci! I przyszło mu na myśl, że byłoby lepiej, gdyby pani von Hartrott mogła przemienić się w swego męża! Wtedy pogadał by ze szwagrem!
Wojna rozbudziła religijne uczucia mężczyzn i spotęgowała pobożność kobiet. Wszystkie świątynie były przepełnione. Donja Luiza nie poprzestawała już na kościołach swojej dzielnicy. Z odwagą, jaką rodzą wyjątkowe okoliczności, chodziła pieszo po Paryżu wstępując to do Madeley, to do Przenajświętszego Serca, aż het na Montmartrze. Uroczystości religijne nabierały charakteru publicznych zgromadzeń. Kaznodzieje przedzieżgnęli się w trybunów. Zapał patrjotyczny przerywał częstokroć oklaskami kazania. Każ-