Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


szeregach. A ona znała swoich synów; młodzieńców tak starannie wychowanych, niezdolnych do żadnego złego czynu. Wszystko potwarze belgijskie, których nie mogła słuchać spokojnie... I osunęła się dramatycznie w objęcia siostry.
Pan Desnoyers złorzeczył przeznaczeniu, które go zmuszało gościć u siebie tę kobietę. Jakie kajdany dla rodziny!... A granice były zamknięte; nie sposób pozbyć się jej.
— Niech i tak będzie — rzekł — nie mówmy więcej o tem. Nie porozumiemy się nigdy. Należymy do dwóch odrębnych światów. Szkoda, że nie możesz dostać się do swoich.
I nadal powstrzymywał się od mówienia o wojnie w obecności szwagierki. Jedna tylko Cziczi trwała w swej hałaśliwej zapalczywości. Czytając w dziennikach opisy gwałtów, grabieży, miast obróconych w perzynę, ludzi uciekających z tych zgliszcz, byle tylko zachować życie, czuła znów dojmującą potrzebę szermowania swym sztyletem na prawo i na lewo. A! gdyby jej się nawinął który z tych bandytów! Co myśleli uczciwi ludzie, że ich nie wytępili wszystkich dotychczas?
A patrząc na Renè'go, jak obnosił po ulicach swój nowy mundur, słodki w obejściu, uśmiechnięty, jak gdyby wszystko, co się działo, znaczyło tylko dla niego zmianę ubioru, wykrzykiwała z zagadkowym akcentem:
— Jakie szczęście, że nie jesteś na froncie!... Jakże się cieszę, że ci nie grozi niebezpieczeństwo!