Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/095

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Życie zmieniło się przez pół miesiąca nie do poznania — mówił dalej. — Rzec można, że spadliśmy na jakąś inną planetę; nasze dawniejsze uzdolnienia nie mają żadnego sensu. Inni przechodzą do pierwszych rzędów; najlichsi, najciemniejsi, ci, którzy zajmowali poprzednio ostatnie miejsca. Człowiek wytworny i duchowo złożony znikł z horyzontu Bóg wie, na jak długo. Teraz wydostał się na powierzchnię człowiek prosty, o pojęciach ciasnych, ale stanowczych i który umie słuchać. My, wyszliśmy z mody.
Juljan przytaknął. Tak było: wyszli z mody. On wiedział coś o tem, on, który zaznał sławy, przechodził teraz niepostrzeżenie wśród tych samych, którzy go przed niedawnym czasem podziwiali.
— Panowanie twoje skończone — rzekł śmiejąc się Argensola. — Na nic ci się nie zdało być ładnym chłopcem. Ja w mundurze i z krzyżem na piersiach zwyciężyłbym cię teraz w miłosnem współzawodnictwie. O oficerze w czasie pokoju marzą tylko panienki z prowincji. Ale teraz żyjemy w atmosferze wojennej i w każdej kobiecie budzi się pierwotny pociąg, jaki czuły jej prababki do silnych, zaborczych samców. Wielkie damy, które przed paru miesiącami nurzały swe pożądania w subtelnościach psychologicznych, wielbią teraz oficerów z taką samą naiwnością, z jaką kucharka wzdycha do szeregowca. Źle, mistrzu! Niema rady; trzeba iść z nowym prądem czasu albo zginąć w nędzy zapomnienia. Gwiazda tanga zgasła.
A Juljan pomyślał, że obaj oni byli istotami, wy-