Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/093

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


szę się jego powodzeniem, jak gdyby to chodziło o jakiegoś starego przyjaciela. Biedak wart był lepszego losu; powinien był spotkać kobietę, któraby nie była mną; towarzyszkę równego mu poziomu dążeń... Powiadam ci, że mi go żal.
I żal ten był tak głęboki, że wilgocił łzami jej oczy, zadając kochankowi męki zazdrości.
— Mówię ci, że jesteśmy w fałszywem położeniu — rzekł Juljan pewnego dnia do Argensoli — i życie będzie stawało się dla nas coraz cięższem. Trudno zaznać spokoju wśród narodu, który się bije.
Towarzysz był tego samego zdania. Uważał również swoją egzystencję młodego cudzoziemca za coś nie do zniesienia, w tym Paryżu, którym wstrząsała wojna.
— Trzeba co chwila pokazywać papiery, żeby policja przekonała się, że niema do czynienia z dezerterem: Wczoraj w wagonie Metro, musiałem się tłumaczyć, że jestem Hiszpanem jakimś dzierlatkom, które się wydziwiały, że nie jestem na froncie... Jedna z nich, dowiedziawszy się o mojej narodowości zapytała naiwnie, czemu się nie zaciągnąłem jako ochotnik... Słowo daję, że mi się już sprzykrzyła ta moja młodość, która wszystkich kłuje w oczy.
I nagły przypływ bohaterstwa zalał jego wrażliwą duszę. Niech i tak będzie! Skoro wszyscy idą na wojnę, pójdzie i on. Nie bał się śmierci, jedno go tylko przerażało: to ta wojskowa służbistość, mundur, ślepe posłuszeństwo... Bić się i owszem, ale niezależnie, albo rozkazując innym, bo charakter jego buntował się