Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/092

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


objawu uniesienia. Wspomnienie tego poszanowania budziło w Margaricie poczucie wdzięczności. Kto wie; może kochał ją bardziej, niż ktokolwiek inny.
Oczy jej z nieprzepartą żądzą porównania utonęły w Juljanie, podziwiając jego wdzięk młodzieńczy. Przypomniała sobie ociężałą, pospolitą postać Laurier'a i to podziałało na nią ochładzająco.
Zapewne oficer, którego spotkała żegnającego się z bratem, nie był wcale podobnym do jej dawnego męża. Ale Margarita chciała zapomnieć tego bladego i smutnego porucznika, jaki mignął jej wtedy przed oczami, by pamiętać tylko o przemysłowcu, zajętym wyłącznie zyskami i niezdolnym pojąć to, co ona nazywała „subtelnościami szykownej kobiety“. Stanowczo Juljan był bardziej pociągającym. Nie; nie żałowała przeszłości; nie chciała jej żałować.
I z egoizmem rozkochanej kobiety powtórzyła znowu:
— Co za szczęście, że jesteś cuzoziemcem! Jakie szczęście, że jesteś zabezpieczony od wojny!
Juljana porywała zawsze złość, gdy to słyszał. Mało brakowało, żeby nie zamknął ręką ust kochance. Czy drwiła sobie z niego? Toż to była obelga wyłączać go tak z pomiędzy mężczyzn.
A ona, z całą niekonsekwencją swej wrażliwej natury, powracała znowu do Laurier'a.
— Nie kocham go; nie kochałam go nigdy. Nie rób tak smutnej miny. Jakże on, biedak, może porównywać się z tobą?... Chociaż trzeba przyznać, że jest dosyć interesującym w tem swojem nowem życiu. Cie-