Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/090

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


bitwy; z rozkazu Rządu posyłano ich z frontu wprost na Południe.
Nie stawiała już oporu namiętnym porywom Juliana, jak to miało miejsce w pierwszych dniach. Zajęcia sanitarjuszki wyrobiły w niej pewną bierność. Zdawała się lekceważyć powaby materji, odmawiając im tego duchowego znaczenia, jakie im jeszcze do niedawna przypisywała. Oddawała się bez oporu, bez pragnienia, z uśmiechem pobłażliwym, rada, że może dać trochę szczęścia, w którem sama nie brała udziału. Myśl jej krążyła gdzieindziej.
Jednego wieczoru, będąc w sypialni Juljana, uczuła konieczną potrzebę podzielenia się z nim pewnemi nowinami, które od poprzedniego dnia zaprzątały jej umysł. Wyskoczyła z łóżka i zaczęła szukać wśród porozrzucanych rzeczy ręcznej torebki, a w niej listu. Chciała odczytać go jeszcze raz, uprzytomnić sobie jego treść tu właśnie, sama nie wiedząc dlaczego.
List był od brata, przysłany z Wogezów. Młody porucznik artylerji mówił w nim więcej o Laurierze, niż o sobie samym. Należeli do różnych baterji, ale do tej samej dywizji i brali udział w tych samych walkach. Brat Margarity unosił się nad swoim dawnym szwagrem. Kto byłby odgadł przyszłego bohatera w tym spokojnym, milczącym inżynierze!... A jednak to był prawdziwy bohater! Mówili to wszyscy oficerowie, którzy go widzieli pełniącego swoją powinność i stawiającego czoło śmierci z taką samą zimną krwią, jak gdyby się znajdował w swojej fabryce pod Paryżem.