Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/089

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


W zapale poświęcenia pragnęła znaleźć się na polu bitwy, a jednocześnie radowała się, że jej kochanek wolnym jest od powinności wojskowej. Juljan nie przyjmował z wdzięcznością tego braku logiki; owszem drażniło go to czasem, jak bezwiedna obraza.
— Rzekłby kto, że się mną opiekuje — myślał — ona jest mężczyzną i cieszy się, że słaba towarzyszka, którą jestem ja, znajduje się poza obrębem niebezpieczeństwa. — Jakie śmieszne położenie!
Na szczęście bywały wieczory, że Margarita przychodziła do pracowni, jakby ta dawna, przy której jak w owych czasach tak i teraz zapominał natychmiast o wszystkiem. Wbiegała z radością uczniaka wypuszczonego na wakacje.
— Dziś niema lekcji — wołała już we drzwiach.
I rzucając kapelusz na sofę, zaczynała tańczyć, wymykając się z dziecinną przekorą z objęć kochanka.
Ale wkrótce poważniała z tym wyrazem skupienia na swej wdzięcznej twarzyczce, jaki się tam jawił od początku wojny. Mówiła o matce, zawsze smutnej, tłumiącej w sobie ból, i żyjącej nadzieją listu od syna; mówiła o wojnie, wyjaśniając ostatnie posunięcia wojsk zgodnie z optymizmem sfer urzędowych. Opisywała szczegółowo pierwszą chorągiew zdobytą na nieprzyjacielu, jak gdyby to była jakaś elegancka suknia najświeższej mody. Widziała ją w oknie ministerjum Wojny. Rozrzewniała się, powtarzając opowiadania zbiegów belgijskich, przybyłych do jej szpitala. Byli to jedyni chorzy, którym dotąd mogła nieść pomoc. Paryż nie przyjmował jeszcze rannych z pola