Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/087

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i patrzą z politowaniem na pustaków, zaprzątających sobie jeszcze głowy drobnostkami
Juljanowi sprawiało to przykrość, jak gdyby to był objaw lekceważenia. Te panie wyobrażały go sobie jako spełniającego jedyną czynność, do jakiej był zdolny, na co innego przydać się przecież nie mógł. Natomiast one, te niegdyś wietrznice, zachowujące jeszcze coś ze swego dawnego wyglądu, zdawały się być wszystkie ożywione wzniosłem uczuciem macierzyństwa, oderwanego, obejmującego wszystkich współbraci pragnieniem poświęcenia się, poznania zblizka nędzy maluczkich, zetknięcia się ze wszytskiemi[1] niedolami chorego ciała.
Tych samych uczuć doznawała Margarita, wychodząc ze swoich lekcji. Wpadała ze zdumienia w zdumienie, poczytując jako wielkie cuda nauki pierwsze zasady chirurgji. Podziwiała sama siebie za chciwość, z jaką chłonęła te tajemnice, których istnienia nie przypuszcczała[2] nawet dotąd. Chwilami zdawało jej się, że trafiła na prawdziwe swe powołanie.
— Kto wie, czy nie urodziłam się, żeby zostać wielką doktorką.

Lękała się jednak ogromnie, aby jej nie zabrakło hartu przy wprowadzaniu w czyn jej nowych uzdolnień. Patrzeć na płynącą krew, dotykając się cuchnących ran, było czemś straszliwem dla niej, którą niskie potrzeby życia napełniały zawsze nieprzezwyciężonym wstrętem! Ale to trwało krótko; iście męska odwaga krzepiła ją natychmiast. Czasy wymagały ofiar. Alboż nie wyrzekli się mężczyźni wszystkich wygód życia,

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – wszystkiemi.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – przypuszczała.