Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/086

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dziadłem. One zaś były to znajome z odległej epoki z przed jakichś sześciu miesięcy; panie, które go uwielbiały i prześladowały, powierzając się jego mądrości mistrza, by przejść siedm kręgów nauki tańca. Teraz patrzyły na niego, jak gdyby pomiędzy ostatniem spotkaniem na sali tanecznej, a obecną chwilą zaszedł jakiś wielki kataklizm, przekształcający wszystkie prawa życia, a on był jedynym i cudownym zabytkiem całkowicie zaginionej ludzkości.
I wszystkie zadawały mu te same pytania:
— Pan nie idzie na wojnę? Jakże to jest, że pan nie nosi munduru?
Chciał się tłumaczyć, ale przy pierwszych słowach przerywały mu:
— To prawda. Pan jest cudzoziemcem.
Mówiły to z pewną zazdrością. Myślały niewątpliwie o tych swoich ukochanych i dalekich, którzy w tej chwili znosili niedostatki i niebezpieczeństwa wojny. Ale jego położenie cudzoziemca wytwarzało natychmiast pewną odrębność duchową, pewną obcość, jakich Juljan nie znał w owych, dobrych czasach, kiedy ludzie poszukiwali się, nie dbając o pochodzenie, nie odczuwając wpływu niebezpieczeństwa, które rozluźnia lub zacieśnia ludzkie związki.
A damy żegnały go z figlarną podejrzliwością. Na kogo tu czekał? Jakaś nowa romantyczna przygoda, jaką mu łaskawy los gotował. I uśmiechy tych wszystkich pań miały w sobie coś poważnego: uśmiechy osób dorosłych, które znają prawdziwe znaczenie życia