Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/085

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i szykownem obuwiem. To taka mieszanina mniszki i wielkiej damy; całość wcale niezła.
I Margarita uczęszczała na kursa z prawdziwym zapałem, by stać się użyteczną bliźnim i co najprędzej przywdziać upragniony mundur.
Biedny Juljan! Tęsknota za nią i brak tego najmilszego zajęcia, które dotychczas wypełniało mu nieskończenie długie teraz wieczory, skłoniły go krążyć w pobliżu zdawna niezamieszkałego pałacu, w którym ostatecznie Rząd umieścił szkołę sanitarjuszek. I gdy tak wystawał gdzieś na rogu ulicy, czekając na ukazanie się kobiecej sukni i łowiąc uchem tupot drobnych nóżek, doznawał wrażenia, że czas cofał się, a on ma ośmnaście lat, jak ongi, gdy odbywał wartę w pobliżu magazynu jakiejś słynnej modystki. Gromadki kobiet wychodzących w pewnych, oznaczonych godzinach z owego pałacu, czyniło to podobieństwo jeszcze prawdopodobniejszem. Szły ubrane z wyszukaną prostotą; wygląd wielu z nich był jeszcze uboższy niż pracownic igły. Ale to były wielkie damy. Niektóre z nich wsiadały do automobilów, prowadzonych przez szoferów w żołnierskich mundurach, jako że były to powozy ministerjalne.
W trakcie tych długich wyczekiwań spotykał się z wchodzącemi i wychodzącemi eleganckiemi uczennicami.
— Desnoyers! — wykrzykiwały za nim kobiece głosy. — Czyżby to był Desnoyers?
I Juljan musiał rozpraszać wątpliwości, witając owe panie, które patrzyły na niego, jak gdyby był wi-