Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/058

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


To zapewnienie wydało mu się nie dość jasnem, więc mówił dalej:
— Będziemy się bili o przyszłość; umrzemy, aby nasze wnuki nie zaznały tych klęsk. Gdyby zatriumfowali nasi wrogowie, zatriumfuje dalsze trwanie wojny i podbój jako jedyny sposób zwiększenia swej potęgi... Naprzód owładnęliby Europą, a potem resztą świata. Pogromieni, krzywdzeni zbuntowaliby się potem; nowe wojny! My nie chcemy zdobywać! Pragniemy tylko odzyskać Alzację i Lotaryngję dlatego, że były nasze; że ich mieszkańcy chcą wrócić do nas... Nic więcej. Nie będziemy naśladować naszych wrogów, przywłaszczających sobie cudze ziemie i mącąc spokój świata. Mieliśmy dosyć Napoleona, nie potrzeba wznawiać tej awantury. Będziemy się bili za nasze bezpieczeństwo, a jednocześnie za bezpieczeństwo świata, za życie narodów uciśnionych. Gdyby to była wojna zaczepna, przypomnielibyśmy sobie nasz antimilitaryzm. Ale to jest wojna obronna i Rząd nie ponosi za nią winy. Napadnięto nas i wszyscy musimy iść społem i bronić się do upadłego.
Tu stolarz, który był antiklerykałem, okazał szlachetną tolerancję, rozległość pojęć, obejmującą wszystkich ludzi. Poprzedniego dnia spotkał w biurze swego obwodu, rezerwistę, który miał jechać z nim, udając się do tego samego pułku. Od pierwszego rzutu oka poznał, że to był ksiądz.
— Ja jestem stolarzem — rzekł przedstawiając mu się — a wy, kolego, pracujecie w kościołach?