Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/047

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wszyscy trzej podbiegli instynktownie ku wewnętrznym oknom, Ale Rosjanin wpół drogi doznał nagłego przeczucia.
— Moja sąsiadka... To musi być moja sąsiadka.. Może się zabiła...
Wychyliwszy się, zobaczyli na dole światło i ludzi, którzy kręcili się dokoła jakiegoś kształtu rozciągniętego na flizach. I błyskawicznie zaludniły się wszystkie okna. Była to noc bezsenna, noc nerwowego napięcia, w którą wszyscy czuwali
— Zabiła się — rzekł jakiś głos, który zdawał się wychodzić z jakiejś studni. — To Niemka się zabiła.
I słowa odźwiernej przebiegły z okna do okna aż do ostatniego piętra.
Rosjanin pokiwał głową ze szczególnym wyrazem. Nieszczęśliwa nie uczyniła sama z siebie tego śmiertelnego skoku. Ktoś był świadkiem jej rozpaczy, ktoś ją popchnął...
Jeźdźcy!... Czterech Jeźdźców Apokalipsy! Już dosiedli rumaków; już zaczęli swą obłędną, nieubłaganą jazdę.
Ślepe siły zła, zwolnione z łańcuchów, miały swobodnie hasać po świecie.
Zaczynało się męczeństwo ludzkości pod dziką kawalkadą czterech wrogów.


KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ