Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/043

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wy baldachim szmaragdów. Dwadzieścia cztery tronów stało półkręgiem, a na nich siedziało dwunastu starców w białych szatach i złotych koronach. Czworo olbrzymich zwierząt, pokrytych oczami i o sześciu skrzydłach strzegło największego tronu. Dźwięki trąb powitały złamanie pierwszej pieczęci
— Patrz! — krzyknął jeden zwierz stentorowym głosem na poetę-jasnowidza.
I ukazał się pierwszy jeździec na białym koniu. W ręku miał łuk, a na głowie koronę. Według jednych był to Podbój i według innych Mór. Mógł być jednym i drugim. Nosił koronę, to wystarczało dla Czernowa.
— Ukaż się! wrzasnął drugi zwierz, poruszając tysiącem swych oczu.
Z drugiej złamanej pieczęci wyskoczył czerwony koń! Jego jeździec wywijał olbrzymim mieczem nad głową. To była Wojna. Spokój uciekał ze świata przed jego wściekłym galopem, ludzie mieli tępić się wzajemnie.
Przy złamaniu trzeciej pieczęci, następny z uskrzydlonych zwierząt, huknął jak grzmot.
— Pojaw się!
I Jan ujrzał czarnego konia. Jego jeździec trzymał w ręku wagi, aby ważyć pożywienie ludzi. To był Głód.
Czwarty zwierz powitał rykiem złamanie czwartej pieczęci
— Wyskocz!
I ukazał się czwarty jeździec na koniu maści wyblakłej. Była to Śmierć, a daną jej była moc zjawia-