Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/039

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


scy trzej windą. Argensola napomknął coś o sposobności odkorkowania butelki, jednej z wielu, jakie przechowywał w kuchni. Czernow będzie mógł wrócić do siebie przez drzwi pracowni na tylne schody.
Szyby obszernego oszklenia były otwarte jak również okienka, wychodzące na wewnętrzny dziedziniec. Bezustanny powiew poruszał firankami, chwiejąc staroświeckiemi latarniami, chorągiewkami i innemi ozdobami romantycznej pracowni.
Trzej mężczyźni obsiedli stolik tuż przy oknie, zdala od świateł, palących się w głębi obszernej komnaty. Siedzieli w półcieniu, zwróceni plecami do wnętrza. Przed sobą mieli przeciwległe dachy i olbrzymi prostokąt błękitnej pomroki, upstrzonej chłodnymi punkcikami gwiazd. Światła miejskie zabarwiały przestrzeń krwawym odblaskiem.
Wypił dwa kieliszki Czernow, smakując mlaskaniem języka dobroć napoju. Wszyscy trzej milczeli, trwożnem i zachwyconem milczeniem, jakie majestat nocy narzuca ludziom; oczy ich wędrowały z gwiazdy na gwiazdę, układając je w linje idealne, tworzące trójkąty i kwadraty fantastycznej nieregularności. Chwilami migotliwy blask jakiejś gwiazdy zdawał się zahaczać o ich spojrzenie i trzymać je w hypnotycznem zawieszeniu. Rosjanin — nie otrząsając się z zadumy — nalał sobie nowy kieliszek. Poczem uśmiechnął się z okrutną ironją. Jego brodate oblicze przybrało wyraz tragicznej maski, ukazujące się wśród dekoracji nocy.