Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/038

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


opuszczonej i głosu mężczyzny, który napróżno chciał jej nakazać milczenie... Jakaś ulewa smutków spada na świat.
Dzisiejszego wieczora, wychodząc z domu, spotkał ją na schodach. Wyglądała jak zupełnie inna kobieta, postarzała się jak gdyby wciągu kilku godzin przeżyła piętnaście lat. Napróżno usiłował dodać jej otuchy: zalecając, by znosiła pogodnie nieobecność męża i nie wyrządzała przez to krzywdy drugiej istocie, którą nosi pod sercem.
Bo ta nieszczęśliwa ma zostać matką. Kryje swój stan z pewną wstydliwością, ale widziałem ją przez okno jak szyła dziecinną bieliznę.
Kobieta słuchała go, jakby nie słysząc. Słowa były bezsilne wobec jej rozpaczy. Umiała tylko wybełkotać, jak gdyby mówiąc do samej siebie:
— Ja, Niemka... On porzuca mnie... musi porzucić... sama... sama na zawsze!
— Myśli o swojej narodowości, która go od niej dzieli; myśli o obozie koncentracyjnym, gdzie go zaprowadzą jej rodacy. Strachem ją przejmuje osamotnienie w kraju wrogim, który się musi bronić przed najściem jej współziomków... I wszystko to, kiedy ma zostać matką. Ile niedoli!.. Ile cierpień!
Doszli na ulicę de la Pompe i przy wejściu do domu, Czernow pożegnał towarzyszy, by wejść tylnymi schodami do siebie. Ale Juljan chciał przedłużyć rozmowę. Lękał się zostać sam na sam z przyjacielem, na pastwę przeciwności, jakich obaj doznali. A przytem rozmowa z Rosjaninem zajęła go. Pojechali wszy-