Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/019

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


niędzy, byli zmuszeni odbywać wędrówki z kantoru do kantoru lub wystawać w ogonkach u drzwi banków, by zmienić jaki banknot. Ach wojna! Ta idjotyczna wojna!
W połowie Pól Elizejskich zobaczyli mężczyznę w kapeluszu o szerokich kresach, który szedł zwolna przed nimi, mówiąc sam do siebie. Argensola poznał go przy przejściu koło latarni:
— Przyjaciel Czernow!
Rosjanin odwzajemnił ukłon, przyczem z głębi jego brody ulotniła się lekka woń wina. Bez żadnego zaproszenia przystosował krok do chodu obu przyjaciół i szedł dalej wraz z nimi ku Łukowi Triumfalnemu.
Juljan dotychczas ograniczał się na milczących powitaniach, ilekroć spotkał na korytarzu tego przyjaciela Argensoli. Ale smutek łagodzi nastroje i każe szukać niby rzeźwiącego cienia przyjaźni maluczkich. Czernow ze swej strony patrzył na Desnoyers'a, jak gdyby go znał całe życie.
Teraz przerwał swój monolog, którego słuchały tylko czarne masy roślinności, samotne ławki, ciemny błękit, zaróżowiony zlekka drżącymi odbłyskami latarni i noc letnia, pełna ciepłych powiewów i cichych migotów. Czernow szedł czas jakiś w milczeniu, jakby chcąc dać dowód grzeczności swoim towarzyszom, poczem podjął wątek swoich głośnych rozmyślań, tam gdzie je porzucił i nie zadając sobie trudu dla żadnych wyjaśnień, jakgdyby był sam: