Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/015

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ja także pojadę za kilka godzin. To mój ostatni kurs.
Tramwaje i omnibusy krążyły ze wzrastającą nieregularnością, w miarę jak zbliżała się noc. Wielu pracowników porzuciło swoje zajęcie, by pożegnać się z rodziną i śpieszyć na pociąg. Całe życie Paryża zogniskowało się w postaci rzek ludzkich, mających zalać dworzec.
Juljan i Argensola zeszli się około północy w kawiarni bulwarowej. Obaj byli zmęczeni wrażeniami dnia i nerwowem wyczerpaniem, jakie następuje po gwałtownych i hałaśliwych wstrząśnieniach. Potrzebowali odpocząć. Wojna już była faktem dokonanym, a po tej pewności nie dręczyła ich już żądza wieści.
Ale przebywanie w kawiarni stało się dla nich czemś nie do zniesienia. W rozprażonej i przesiąkłej dymem atmosferze goście wrzeszczeli i śpiewali, potrząsając małemi chorągiewkami. Intonowano chórem wszystkie hymny minione i obecne przy akompanjamencie kieliszków i talerzów. Publiczność nieco kosmopolityczna czyniła przegląd narodów europejskich, by pozdrawiać je okrzykami zapału: „Niech żyje! Wszyscy, absolutnie, wszyscy będą po stronie Francji“.
Jakieś stare małżeństwo siedziało przy stoliku tuż obok dwóch przyjaciół. Byli to rentjerzy, wiodący życie spokoju i mierności, którzy nie pamiętali, żeby kiedykolwiek byli po za domem o tej porze i nie przewracali się jeszcze na drugi bok w porządnie zasłanych łóżkach. Porwani ogólnym zapałem wyszli na bulwar