Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/014

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


przyciśniętym nowym pasem i z rewolwerem u boku szli na pociąg, mający ich zawieść na punkt zborny. Jeden z synów niósł szablę ukrytą w płóciennym pokrowcu. Żona, wsparta na ramieniu męża, smutna i dumna jednocześnie szeptała tkliwie ostatnie przestrogi i polecenia.
Dorożki, tramwaje, automobile krążyły z błyskawiczną szybkością. Nigdy nie widziało się na ulicach Paryża tylu wehikułów. A mimo to ci, co ich potrzebowali napróżno krzyczeli na woźniców. Nikt nie chciał wieść cywilnych. Wszystkie środki przewozowe były dla wojskowych, wszystkie kursa kończyły się na kolejowych dworcach. Witano z uniesieniem ciężkie wozy intendentury, naładowane workami.
„Niech żyje wojsko!“
Żołnierze służbowi, jadący na tych ruchomych piramidach wymachiwali rękoma i wydawali okrzyki, których nikt nie mógł dosłyszeć. Ogólne braterstwo zrodziło nigdy nie widzianą pobłażliwość. Tłumy potrącały się, zachowując w tych mimowolnych starciach niezamąconą uprzejmość. Powozy najeżdżały na siebie, a gdy woźnice, siłą przyzwyczajenia, zaczynali się lżyć, tłum wdawał się pomiędzy nich, a oni kończyli na tem, że podawali sobie ręce:
„Niech żyje Francja!“
Przechodnie, umykający z pod kół automobilów, snuli się, łając dobrodusznie szofera:
— Zabijać Francuza, który śpieszy do swego pułku!
A tamten odpowiedział: