Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/011

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tchnęły życzliwością wspólnej idei. Kobiety były smutne; ale rozmawiały głośno, by ukrywać nurtujące je wrażenia. O letnim zmroku bulwary zapełniały się tłumnie. Mieszkańcy krańcowych dzielnic ciągnęli do środka miasta jak w dalekich już dniach rewolucji, tworząc nieskończone pochody, z których rozlegały się okrzyki i śpiewy. Manifestujące tłumy szły środkiem pod szeregami elektrycznych latarni, które się zapalały. Trwało to do północy i sztandar narodowy powiewał nad płynącą falą głów ludzkich w otoczeniu sztandarów innych krajów.
W jedną z takich nocy szczerego zapału, dwaj przyjaciele usłyszeli niewiarogodną wiadomość:
„Zamordowano Jaurésa!“
Tłumy powtarzały to sobie ze zdumieniem, które zdawało się brać górę nad boleścią:
„Jaurés zamordowany! I dlaczego?“
Zdrowy rozsądek ogółu, który instynktownie szuka zawsze przyczyny każdego zamachu, trwał w zawieszeniu, nie mogąc się zorjentować. Umarł płomienny trybun właśnie w chwili, kiedy najpotrzebniejszą mogła się okazać jego wymowa, zagrzewacza tłumów.
Argensola natychmiast pomyślał o Czernowie:
— Co powie nasz sąsiad?
Ludzie spokojni zaczęli się lękać rewolucji. Juljan sądził przez chwilę, że sprawdzą się ponure przepowiednie jego kuzyna. To zabójstwo i wynikłe na jego skutek represje mogły być sygnałem wojny domowej. Ale ogół, przejęty bólem nad śmiercią swe-