Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/143

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


sobie. Na zebraniach u senatora, Desnoyers wypytywał Laurier'a jak idą jego interesa, troszcząc się o rozwój tej fabryki, o której tamten mówił z czułością ojca. Doszło do tego, że ów miljoner, uważany powszechnie za skąpca ofiarował się inżynierowi z bezinteresowną pomocą, gdyby mu przypadło rozszerzyć zakres swej działalności. I oto temu zacnemu człowiekowi ukradł szczęście jego własny syn, bezużyteczny próżniak!...
Laurier w pierwszych chwilach mówił o pojedynku. Jego gniew był wściekłością roboczego konia, który zrywa uprząż, jeży sierść i w przystępie szaleństwa wierzga i zabija. Ojciec oburzył się na to. Tegoby tylko brakowało! Juljan najlepszą część życia poświęcił władaniu bronią.
— Zabije go! — mówił stary Desnoyers do senatora — Jestem pewny, że go zabije. To jest logika życia... Niepotrzebny uśmierca zawsze tego, kto się może przydać na coś.
Ale do żadnej śmierci, nie doszło. Ojciec Rzeczypospolitej umiał podziałać na jednych i drugich, z taką samą zręcznością, jaką rozwijał w kuluarach senatu, gdy wybuchł jakiś ministerjalny kryzys. Skandal przycichł. Margarita przeniosła się do matki i rozpoczęto kroki rozwodowe.
Bywało, że, gdy zegar wskazywał siódmą, ona mawiała ze smutkiem wśród miłosnych wynurzeń:
— Odejść... mam odejść... kiedy to jest mój prawdziwy dom! Ach! czemu nie jesteśmy małżeństwem.
A on, któremu w duszy zakwitł teraz cały ogród