Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/139

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Salony tanga poniosły wielką stratę. Desnoyers ukazywał się na nich coraz rzadziej, przekazując twą sławę zawodowcom. Mijały tygodnie całe, a wielbicielki nie mogły podziwiać od piątej do siódmej jego kruczych kędziorów i jego drobnych stóp w nieskazitelnych lakierkach, migających w rzęsistem oświetleniu pod takt wdzięcznych poruszeń. Margarita Laurier znikła również z tych przybytków tańca. Stosunki pomiędzy tym dwojgiem ukształtowały się na wzór tego, co ona wyczytała w tkliwych romansach, rozwijających się na tle paryskiego życia. Margarita szła na schadzkę z Juljanem, drżąc z obawy, żeby jej nie poznano, wybierając jak najciemniejsze suknie, z twarzą osłoniętą gęstą woalką „woalką wiarołomstwa“ jak m wiały[1] jej przyjaciółki. Naznaczali sobie spotkania na mniej uczęszczanych skwerach przedmieścia, zmieniając miejsca jak płochliwe ptaki, które za najlżejszym szelestem zrywają się i odlatują daleko. Czasem schodzili się w Buttes Chaumont; kiedy indziej w ogrodach lewego brzegu Sekwany jak w Luksemburgu a nawet w odległym parku Montsouris. Ona przeżywała męki trwogi na myśl, że mąż mógłby ją wyśledzić, podczas gdy pracowity inżynier tkwił w swojej fabryce zgoła po za obrębem rzeczywistości. Jej wystraszony wygląd, jej nadmierne ostrożności, by prześlizgiwać się niepostrzeżenie ściągnęły wreszcie uwagę przechodniów.

Juljana niecierpliwiła ta miłość wędrowna, bez żadnych rezultatów, prócz kilku ukradkowych pocałunków. Ale umilkł wreszcie, zwyciężony błagalnemi

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – mawiały.