Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/132

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


posąg. Jedno co wiedziała o tym poecie, to było to, że umarł. Tego była pewna. Ale wyobrażała sobie, że gdyby żył, byłby wielkim przyjacielem Julka, zważywszy jak często jej syn powtarzał jego nazwisko.
Ach! ten jej syn!... Wszystkie jej myśli, dążenia, nadzieje ześrodkowywały się w nim i jej nieubłaganym mężu. Tak pragnęła, żeby się ci dwaj porozumieli i zakończyli walkę, której ona jedna była ofiarą. Czyż Bóg nie uczyni cudu? I jak chory, który zmienia lecznicę w poszukiwaniu zdrowia, zaczynała, porzuciwszy kościół świętego Honorjusza, uczęszczać do Hiszpańskiej Kaplicy na Avenue Fridland. Tu również czuła się jak wśród swoich. Pomiędzy Amerykankami Południa, smukłemi i wytwornemi, jak gdyby je zdjęto żywcem z ryciny jakiegoś tygodnika mód, oczy jej wypatrywały z uwielbieniem owe panie tak elegancko wystrojone, w teatralnych mantylach i staroświeckich klejnotach. Spotykając się w przedsionku kościelnym, panie te rozmawiały donośnymi głosami, wyraziście gestykulując i energicznie skracając wyrazy. Córka Madariagi ośmielała się witać je ukłonami, a gdy jej oddawały ukłon, doznawała uczucia zadowolenia, dzięki któremu zapominała chwilowo o swoich zmartwieniach. Należały one do tych rodzin, które czcił jej ojciec, sam nie wiedząc dlaczego; pochodziły z kraju, który po tamtej stronie morza nazywały „matką ojczyzną“ wszystkie Jaśnie Wielmożne, Jaśnie Oświecone, dla donji Luizy i spokrewnione z królami. Ona, biedaczka, nie wiedziała, czy ma im podać rękę, czy przyklęknąć na jedno kolano, jak to wedle jej mętnych wiadomoś-